Jestem Schizofrenikiem, myślę, że zawsze nim już zostanę ponieważ przeszedłem co przeszedłem i obraz pozostanie już na zawsze. Do wieku 22 lat żyłem jak każdy. Skończyłem szkołę (Technikum z maturą). Powiem szczerze, że nigdy prędzej nie słyszałem wcześniej o Schizofrenii. Poznałem ją dopiero na własnej skórze. Po szkole pracowałem w fachu, który nie do końca mi odpowiadał. Denerwowałem się z początku, przechodziłem koszmar... Nie będę pisał jaki to fach, wtajemniczeni wiedzą
Myślałem, że z czasem to minie i faktycznie tak było. Przywykłem do pracy której w gruncie rzeczy nie nawidziłem. Ale jesienią 2008 roku mając 22 lata zaczęła się walka wewnętrzna. Początek fenomenu Schizofrenii tak czuje choć zapoczątkowało to zwykłą depresją. Niechęć do wszystkiego. Negowanie wszystkich spraw. Znowu zacząłem nie nawidzić własnej pracy. Znajdowałem w niej same minusy, denerwowała mnie... Byłem tak zmęczony tą sytuacją, że podjąłem decyzję o rezygnacji z pracy. Rodzina widząc w jakim byłem stanie nie miała pretensji. Czułem, że dzieje się coś nie tak. Po rzuceniu pracy moje życie zupełnie straciło sens. Nie widziałem pozytywów z życia, z dalszej egzystencji. Dużo spałem, myślałem czym to jest spowodowane. Nie dochodziłem do prawdy. To wszystko działo się tak myślę przez wewnętrzną walkę, którą toczyłem sam w sobie. Nie widziałem dobra w otaczającym mnie świecie. Myślałem, że ten świat chce mnie zniszczyć. Tyle zła się przecież dzieje na tym świecie... Rodzina widziała jak zmagam się z depresją i chcąc mi pomóc skierowali mnie do Psychiatry. Sam miałem dosyć tego stanu i bez namysłu uległem i skierowałem się do fachowca. I tak zaczęła się przygoda z psychiatrią. Pożaliłem się pewnej pani w czym może leżeć problem, przeprowadziła wywiad... I co? Tableteczki psychotropowe. Proszę przyjść za dwa, trzy tygodnie... Okazało się, że troszke lepiej się czułem, nie spałem po nich tyle. Po kolejnym wywiadzie pani Psychiatra stwierdziła, że jestem na dobrej drodze i że moge przestać brać leki. Teraz wiem, że to dziwne i że być może za szybko przestałem brać leki. Problem w gruncie rzeczy nie odpuścił. Stan depresjii powrócił i to myśle z taką samą siłą jak nie mocniejszą. Z czasem rodzina wysłała mnie ich zdaniem do lepszego pachowca. Po wywiadzie twierdzi, że jestem niedojrzały emocjonalnie i że mam poszukać sobie pracę. Jak w takim stanie pytam? Pełen apatii i niechęci. Hmm pozostawiam to bez komentarza. Przepisał mi magiczną tabletkę (Seronil) i to na tyle z wizyty. Po powrocie do domu zacząłem brać nowe leki (Seronil). W między czasie postanowiłem (zacząłem przygodę z komputerem) poczukać pomocy na czacie. I tutaj zaczęła się cała magia... Po pierwsze wszedłem do pokoju "Psychologia" i pierwsze co zrobiłem zapytałem na ogólnym oknie, że szukam pomocy na tle depresyjnym. Niczym strzała (znaczy się tak szybko) odezwała się kobieta. Zaoferowała mi pomoc. Skończyło się tak, że wymieniliśmy się numerami gadu gadu i kontakt pozostał na dłużej. Rozmawialiśmy, zwierzałem się Jej z własnych problemów, przemyśleń... a Ona probowała pokazywać mi drogę... Mowiła o egoiźmie, miłości, uczuciach... Pierwszy raz tak z kimś rozmawiałem o poważnych tematach. Najlepsze jest to, że czułem że chce mi pomóc i że mówi prawdę. Zaufałem jej na maksa skoro sam czułem beznadzieję i czułem bezradność. Więc co miałem do stracenia...
Następny dział w moim życiu zaczął się po tygodniu znajomości z tajemniczą, dobrą kobietą i braniu leków (Seronil). Tak jak wcześniej spałem dużo nagle przestałem. W nocy nie zasypiałem, nie czułem zmęczenia. Zaczęło się od braku snu. Kobieta z którą rozmawiałem strasznie mocno mnie rozumiała, próbowała pomóc i myślę, że jej się udało. Dawała wskazówki co mam robić. Jedną z nich było pokochać samego siebie... Tylko jak? O to jest pytanie, pozbyć się egoizmu? Jak? Tyle przecież niewiadomych... Doszło do tego, że zwierzałem się jej z własnych uczuć, czułem się szczęśliwy że mogłem jej pisać, że ją kocham jako człowieka. Co się okazało później i powrócę do tego później, że pobudziliśmy w sobie na wzajem miłość (poprzez gadu gadu). Okazało się, że ja szukałem pomocy a zarazem ona sama. Stałem się strasznie romantyczny, miłe słówka itp
Doszło powoli uczucię, że ona jest mną, czułem jedność, zrozumienie, zaufanie. Nie wiem jak to opisać... Czułem, że pragniemy tego samego. Że pragniemy kochać i być kochanym (dawać i brać). Zafundowaliśmy sobie miłość na wzajem, której nam brakowało. Pisaliśmy miłe słówka, opowiadaliśmy o sobie, pokazywaliśmy drogę i tak przez kilka dni. Po tygodniu znajomości nie przestałem z nią pisać ale już kontakt osłabł... Poprostu zacząłem czuć wewnętrzną harmonię. Tak jak czułem się źle nagle czułem się szczęśliwy, że żyję. O to jest pytanie czy to dzięki miłości pomiędzy mną a kobietą czy dzięki lekowi, który brałem. Dzisiaj już wiem, że lek raczej nie miał tutaj żadnego znaczenia. Zbieg okoliczności. Tak czuję. A więc kontakt z kobietą pozostał dalej ale już nie chciałem tylko dzielić szczęścia przed monitorem. Zacząłem wychodzić z domu i szukać odpowiedzi. To co czułem było wspaniałe i szukałem osoby która by mi to wszyatko wytłumaczyła. Nie znalazłem. Wszyscy ludzie zaczęli mnie obserwować idąc ulicą jakby czegoś odemnie oczekiwali. Mojej miłości? Takie miałem wrażenie. Słyszałem wyraźniej, czułem potrzeby innych ludzi. Widziałem kto jest szczęśliwy a kto nie. Kto jest dobry a kto zły. Taki mały dar :-) Po ludzkich oczach potrafiłem rozpoznać dobro w człowieku. A więc tak byłem ździwiony tym fenomenem, że szukałem dalej... Częste moje wizyty u brata myślę dużo dawały mi do myślenia. Dochodziłem powoli prawdy. I tutaj zaczęła się przygoda z następnym działem jakim jest "szczerość"...Wyznawałem bratu wszystko jak na tacy. Co myślę i czuję. Nie mógł mnie zrozumieć. Opowiadałem, że rozróżniam dobro w człowieku, że raj jest tutaj na ziemi. Że mówią o mnie w telewizji a co najwązniejszę, że czuję się Jezusem (Bogiem). Tak się czułem silny, dobry, wspaniały. Człowiek nie doświadczając tego stanu niestety ale nie dopuści takiej rzeczywistości do siebie. I też tak się stało. Rozmawiał z rodzicami. Uprzedzał ich, że ze mną jest cos nie tak, że mówię jakieś brednie. Odkrywałem między czasie ukryte talenty. Mogłem mówić cały czas bez przerwy jak jakiś naukowiec czy filozof. Telewizja stała się medium, widziałem w niej wizje, podteksty, a co najważniejsze że mówią o mnie. Było to z początku fajne choć z czasem stało się męczące. Gram na gitarze, amatorsko. Co się stało? Nagle zacząłem grać jak jakiś wirtuoz gitarowy. Do każdej piosenki układałem niesamowite solówki. Fajne wspomnienie. Zmierzając dalej zatrzymam się na jednym przykładzie, który sprawił, że trafiłem do zakładu psychiatrycznego. Pożyczyłem motocykl, ściemniłem że na chwilę. Jaki miałem zamiar? Wkońcu zdemaskować cały ten świat. Chciałem dojść do prawdy... Co się takiego stało że czuję i widzę więcej. Jechałem przed siebie... Czułem, że odpowiedź znajdę nad morzem z własnego przemyślenia. Jechałem, widziałem znaki w głowie dzięki ktorym czułem gdzie jechać. Jechałem dobrze... Tak myślę. Czułem, że ktoś na mnie czeka nad morzem. Że tam uzyskam odpowiedzi na moje pytania. Być może tak ale traf chciał, że nie dojechałem nad morze. Ukazywały się nowe miejscowości do których dążyłem. To była listopadowa noc niby zimna według innych a ja czułem że jest inaczej i według mojego odczucia tak było (ciepło). W między czasie podejrzenia że ktoś mną kieruję, że pogoda istnieje tylko dla mnie. Gdy ukazał się deszcz i burza zrozumiałem że nie tak mam szukać prawdy. Wróciłem do domu. Przemoknięty jak sucha nitka. Przejechałem wtedy coś koło 200 kilometrów. W listopadową noc. Po tym incydencie rodzina zastawiła na mnie pułapkę. Sprowadzili mnie do pewnej miejscowości w której rzekomo mieliśmy się spotkać na kawie i skupić się na rozmowie. Stało się inaczej... Skierowali mnie do zakładu psychiatrycznego. I tak więc przekreślenie planów na odkrycie prawdy i odszukaniu osoby która by mi wskazała drogę. Po wywiadzię z psychiatrą (widziałem w oczach dobro) zgodziłem się z myślą, że może tak ma być. Może tutaj odkryję prawdę. A z resztą rodzina chciała a więc się zgodziłem. I tutaj się zaczął koszmar. Następny etap w moim życiu pod tytułem "Szpital". Myślę, że tutaj poświęce mniej czasu na odpowieści z tego mało interesującego, przyjemnego miejsca.
W szpitalu fachowcy wmówili mi że jestem chory, że to jest choroba i że da się wyleczyć dzięki farmakologii. Hmm uwierzyłem chyba w to. Walczyłem ze sobą. Nie czułem się w żadnym wypadku chory a mimo tego musiałem tam siedzieć. Dusiłem się. A te inne choroby, ten obraz mnie przerażał. Wizje miałem nadal, czułem chęc pomagania innym i też tak się działo. Starałem się pomagać innych bardziej chorym ode mnie. Przecież ja czułem się zdrowy. Czułem taką podszebę. Rozumiałem innych chorych któży nawet nic nie mówili. Posługiwali się gestami, mimiką twarzy. Rozumiałem ich doskonale i wiedziałem czego chcą. I tak spędziłem w szpitalu prawie dwa miesiące. Nie wiem czy wszyscy tak mieli ale w szpitalu dla mnie papierosy i kawa w nadmiarze to norma :-)
Po szptalu zostałem na zasiłku chorobowym aż do teraz. Czułem nadal obecność Schizofrenii. Diagnoza została postawiona. W między czasie szukałem nadal prawdy ale myśl, że to choroba myślę, że sprawiła że fenomen z czasem mijał, mijał aż minął całkiem. Jako już zwykły człowiek lecz z doświadczeniem szukałem wiedzy, prawdy nadal. Wracałem do znajomości, miłości wirtualnej. Szukaliśmy prawdy do dnia dzisiejszego. Myślę, że znaleźliśmy... Dziś czuję się dobrze - zdrowy na maksa. Odkryłem prawdę o której zaraz napiszę. Żyję obecnie bez leków, już 2,3 miesiące, nie myśle już o tym (krótko brałem i dla tego nie miałem myślę skutków ubocznych). Nie mam zamiaru już więcej brać leków. Odkryłem, wraz z miłością sprzed roku prawie (obecnie przyjaciółką), że to była szkoła życia. Mamy wyciągnąć wnioski, prawdę. I to ona jest ważna. Możliwość zobaczenia innej rzeczywistości otworzyła nam oczy. Wiemy już dzisiaj co tak naprawdę w życiu się liczy, jakie wartości, jacy potrafimy być, jacy w gruncie rzeczy jesteśmy i to jest wspaniałe. Nie zmuszam tym tekstem nikogo do zaprzestania brania leków, do znienawidzenia psychiatrii. Nie mam takiego zamiaru. To po krótce moja historia. Każdy ma inną. Chcę tylko pokazać, że ludzie mający Schizofrenię nie są przekreśleni. Że istnieje ktoś na ziemi, a jest nas wielu, któży wierzą w lepsze jutro i są wrażliwi na wielu poziomach. Że nie trzeba nazywać tym stanem "chorobą". To nic innego jak my sami. Ten stan to nasza wrażliwość, nasze przemyślenia, nasza osoba, nasze pragnienia (my sami). Dzisiaj obecnie wiem na co mnie stać, poznałem siebię. Choć nie zapomnę nigdy co jest ważne, jak się samemu ze sobą obochodzić. Poznałem własne wady, pozytywy. Czy wygrałem? Myślę, że tak. Na dzień dzisiejszy jestem wstanie brnąć do przodu (wiedząc jaki jestem, widząc świat z inne perspektywy). Czuję się bogatszy w wiedze, doświadczenie... Daje mi to siłę na dzień dzisiejszy by brąć dalej. Niedługo praca, jak się skończy zasiłek, może prędzej? Zobaczymy. Napewno mogę stwierdzić, że czuję się obecnie jak sprzed Schizofrenii. Zamierzam zakończyć wizyty u psychiatry, myślę że nauczyłem się już sam z tym radzić. Więc uwierzcie, że jest to możliwe. Musicie przejść własną drogę. Każdy ma inną. To akurat moja :-) Mam nadzieję, że pomogłem w jakimś stopniu. Że moja historia da do myślenia. Może zasieję w was odrobinkę nadziei której nieraz może brakować. Pozdrawiam i życzę szczęścia, życzy Schizofrenik.



Menu
Pod menu
Ostatnie posty
Kalendarz
Wiadomość
Następujące błędy wystąpiły przy przesyłaniu danych